Wspomnienie o Zdzichu i Tomku


Zdzichu (1943 - 2008) Tomek (1953 - 2008) Przełom października i listopada to zwykle czas szczególnych przemyśleń nad przemijalnością ziemskiego życia i wspomnień o ludziach, którzy odeszli przed nami z tego świata. Powodowani realiami codziennego życia stajemy przytłoczeni bezmiarem bezsilności zwłaszcza wtedy, gdy nasi bliscy krewni lub przyjaciele odchodzą niespodzianie. Pochylając się nad ich mogiłami, staramy się odnaleźć sens zaistniałego faktu. Niestety, w roku 2008 zdarzyło się to dwukrotnie - odeszło od nas dwóch wspaniałych, niezawodnych Przyjaciół. W niedzielę 13 kwietnia zmarł po ciężkiej i krótkiej chorobie nasz współpracownik mgr Zdzisław Matuszak, którego wszyscy bez wyjątku nazywaliśmy po prostu Zdzichem, a w poniedziałek 11 sierpnia zginął tragicznie we włoskich Dolomitach prof. dr hab. Tomasz Mazur, którego traktowaliśmy jak naszego współpracownika, chociaż formalnie pracownikiem Katedry Informatyki nie był (pracował w Katedrze Matematyki), i do którego zwracaliśmy się równie krótko - Tomek.

Katedra Informatyki - Zdzichu w pierwszym rzędzie z lewej Zdzichu urodził się 15 października 1943 roku w miejscowości Księżostany na Zamojszczyźnie w rodzinie chłopskiej w czasach potwornej zawieruchy wojennej (rodzice z małym synkiem - starszym bratem Zdzicha - schronili się w lesie, gdy Niemcy palili ich rodzinną wieś Huta Komarów, a gdy nie mieli do czego wracać, bo wieś została doszczętnie zniszczona, zamieszkali w małej chałupie w Księżostanach, w której dach znalazło łącznie aż 17 osób). Zdzichu po ukończeniu Liceum Ogólnokształcącego im. Bartosza Głowackiego w Tomaszowie Lubelskim podjął studia na kierunku budowa maszyn na Politechnice Szczecińskiej, ale po roku zrezygnował. Potem przez dwa lata pracował w rodzinnych stronach jako terenowy urzędnik gminny, a po odbyciu dwuletniej służby wojskowej rozpoczął studia matematyczne na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, które ukończył w 1972 roku. Uzyskany dyplom magistra matematyki uprawniał do wykonywania zawodu matematyka i informatyka. Zdzichu wybrał drugi, podejmując pracę jako programista w Zakładzie Elektronicznej Techniki Obliczeniowej w Lublinie. Po dwóch latach ożenił się z Ewą - koleżanką ze studiów i rodowitą Radomianką, pracującą na stanowisku asystenta na UMCS. W 1974 roku obydwoje przenieśli się do pracy w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu. Warto wspomnieć, że ta zmiana wymagała wówczas zgody dwóch pełnomocników d.s. zatrudnienia przy urzędach wojewódzkich w Lublinie i Kielcach!

Zebranie na strajku - Zdzichu pośrodku na pierwszym planie Zdzicha poznałem w październiku 1979 roku, kiedy to podjąłem pracę w Centrum Informatyki Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Radomiu. Niedługo potem, we wrześniu 1980 roku wykazał się wielką odwagą cywilną, tworząc w CI wraz z Grześkiem Kiedrowiczem, Alą Siek i Witkiem Smykiem grupę inicjatywną nowego związku zawodowego pracowników nauki, techniki i oświaty, który chyba w ciągu dwóch tygodni znalazł się w strukturze NSZZ "Solidarność". Rok później niemal wszyscy przystąpiliśmy do strajku okupacyjnego, sprzeciwiając się autokratycznym rządom ówczesnego rektora radomskiej Uczelni. Strajk WSI Radom był jednym z najdłuższych w PRL, rozpoczął się w poniedziałek 26 października, a został przerwany dokładnie po 7 tygodniach w pamietną, zaśnieżoną i mroźną niedzielę 13 grudnia. Zdzichu należał do kierowanej przez Jasia Kowalczyka sekcji porządkowej, której głównym zadaniem była ochrona uczestników strajku przebywających w dwóch budynkach przy ul. Malczewskiego 29 przed niepowołanymi osobami z zewnątrz. Wiem, że później zajmował się niesieniem pomocy ludziom, którzy znaleźli się w potrzebie po wprowadzeniu stanu wojennego. Należał też do radomskiego oddziału Klubu Inteligencji Katolickiej. Za przekonania i postawę spotkały go represje ze strony ówczesnych władz radomskiej Uczelni. Z końcem września 1982 roku został zwolniony z pracy w charakterze nauczyciela akademickiego, ale na szczęście pozwolono Mu pracować na etacie pracownika technicznego. Dopiero po "odwilży" mógł w październiku 1992 roku powrócić do pracy dydaktycznej.

Zdzichu w drodze na Szpiglasowy Wierch Od ukończenia studiów Zdzichu zajmował się zawodowo informatyką. Pracując w Katedrze Informatyki Politechniki Radomskiej, pełnił dodatkowo przez kilka lat funkcję wizytatora d.s. informatyki w Kuratorium Oświaty w Radomiu. Zawsze był bardzo sumiennym, punktualnym i rzetelnym pracownikiem, skromnym, bezkonfliktowym, bardzo życzliwym i niezwykle spokojnym człowiekiem. Nigdy nie słyszałem, by kiedykolwiek na kogokolwiek podniósł głos. Miło było przebywać w Jego towarzystwie - już sama Jego obecność stwarzała swoistą atmosferę spokoju. Dbał o kulturę języka, lubił rozwiązywać zagadki matematyczne, interesował się żywo historią Polski. Był praktykującym katolikiem, lecz w żadnym razie nie przypominał ani ascety, ani świętoszka. Gdy któregoś dnia wyjawiłem, że jeden ze spowiedników zalecił mi, bym zmienił pracę (chodziło o niedzielne zajęcia na studiach niestacjonarnych), z właściwym sobie dowcipem stwierdził: "A on tylko pracuje w niedziele". Zabrzmiało to jak głos w dyskusji do jednej z wypowiedzi ks. Józefa Tischnera: "Pobożność jest niezwykle ważna, ale rozumu nie zastąpi". Zdzichu miał racjonalne podejście do każdej sprawy, niekiedy z pewną dozą przenikliwego i celnego humoru, nawet gdy dotyczyło to Jego osoby. Jestem przekonany, że w przeciwieństwie do wielu ludzi nie bał się starości, której próg dopiero co przekroczył. Traktował ją jako nieunikniony atrybut życia ze wszystkimi jej stronami ujemnymi i nielicznymi urokami. Był dobrym mężem, wspaniałym ojcem (trzy córki) i dziadkiem (wnuczka).

Odpoczynek na szlaku - Zdzichu pierwszy z lewej Najbardziej ulubionym miejscem wypoczynku były dla Zdzicha Tatry. Był ich wielkim miłośnikiem, moja przygoda z Tatrami zaczęła się po części z Jego inicjatywy. Przez wiele lat jeździliśmy w lecie wraz z rodzinami do Zakopanego, wynajmowaliśmy kwatery w tym samym miejscu (obok domu Sztaudyngera w pobliżu Wielkiej Krokwii) i odbywaliśmy wędrówki po tatrzańskich szlakach. Elementem naszego wypoczynku w Tatrach stały się ostatnio coroczne, czterodniowe wypady do Zakopanego organizowane we wrześniu tuż przed rozpoczęciem zajęć dydaktycznych w nowym roku akademickim. Nazywaliśmy je "rajdami dziadowskimi", bo ich uczestnikami było czterech dziadków - oprócz Zdzicha i mnie jeździł na nie Grzesiek Kiedrowicz i Marek Pytlak. Niestety, odbyły się one tylko dwukrotnie i wobec zaistniałej sytuacji chyba nie będą kontynuowane. Zdzichu brał też udział w niektórych wyjazdach i wycieczkach organizowanych przez Tomka Mazura. Jedną z najbardziej atrakcyjnych była wyprawa w Gorce kilka lat temu na przełomie kwietnia i maja (tzw. długi weekend). Baza wypadowa mieściła się w Ochotnicy Górnej, a kilkudniowa wędrówka po zielonych górach z dywanami kwitnących krokusów i topniejącymi w słońcu resztkami śniegu została zakończona pieczeniem barana, śpiewem i tańcami na zielonej łące. Ostatnia piesza wędrówka, jaką odbyłem wspólnie ze Zdzichem i Tomkiem, miała miejsce wczesną wiosną 2007 roku, wiodła malowniczymi szlakami przez Puszczę Kozienicką i szykujące się do Świąt Wielkanocnych wioski w okolicach Garbatki.

Na Luboniu Wielkim - Zdzichu pośrodku, Tomek obok z lewej Tomek urodził się 2 maja 1953 roku w Radomiu w rodzinie inteligenckiej. Po zdaniu matury w IV Liceum Ogólnokształcącym im. Tytusa Chałubińskiego w Radomiu podjął, podobnie jak Zdzichu, studia na kierunku matematyka na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Po ich ukończeniu w 1977 roku rozpoczął pracę naukowo-dydaktyczną w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu i jako młody pracownik brał udział w historycznym strajku w 1981 roku. Oba stopnie naukowe w dziedzinie matematyki (analiza matematyczna) uzyskał na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie (doktorat - 1985, habilitacja - 2000). Opowiadał mi kiedyś, jak szacowne gremium wybrało spośród trzech zaproponowanych przez Niego tematów wykładu habilitacyjnego temat zupełnie niematematyczny - o niezłomnej woli i pełnych wyrzeczeń dokonaniach Hrabiego Władysława Zamojskiego (1853 - 1924) na arenie międzynarodowej na rzecz przyłączenia Zakopanego i Morskiego Oka wraz z przyległymi terenami do Polski (wykup ziemi i lasów tatrzańskich na licytacji - 1889, racjonalna gospodarka leśna, wieloletnia batalia i wygranie procesu w Grazu o sprawiedliwe wytyczenie granicy między Galicją a Węgrami - 1902, zapis wszystkich dóbr narodowi polskiemu). Nie wątpię, że wykład był niezwykle interesujący, bo Tomek kochał góry i potrafił barwnie opowiadać. Wykładał z wielkim zaangażowaniem, dużo chodził przy tablicy, mówił głośno. Był popularyzatorem matematyki wśród młodzieży licealnej i nauczycieli. Uważał, że i fizyka powinna być nauczana na znacznie wyższym poziomie - stosownie do roli, jaką odgrywa w poznawaniu świata i postępie cywilizacyjnym. Irytowało Go, gdy lepsi studenci wybierali nieambitne tematy prac dyplomowych, pozostawiając tematy bardziej ambitne studentom słabszym. Od kilku lat współpracował z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Od roku akademickiego 2006/07 Uczelnia ta stała się dla Tomka podstawowym miejscem pracy - znalazł tam bardziej sprzyjające warunki do nauczania i uprawiania matematyki.

Przy granicy polsko-słowackiej - Tomek pierwszy z prawej Matematyka nie była jedyną pasją Tomka - drugą była turystyka. To dzięki Niemu wielu pracowników Politechniki Radomskiej, ich dzieci, studentów i innych osób - przyjaciół uczestniczyło w grupowych wyjazdach, których celem było narciarstwo, turystyka górska, kajakarstwo i wędrówka piesza po lokalnych trasach. Były to dwutygodniowe zimowiska narciarskie w Bukowinie Tatrzańskiej i Krompachach na Słowacji, zimowe wejścia na Babią Górę pod koniec marca, wyprawy w Beskidy, Gorce i Pieniny na przełomie kwietnia i maja (długie weekendy) lub w czerwcu, letnie wyprawy w Tatry Polskie i Słowackie, lipcowe spływy kajakowe Pilicą, Nidą, Bugiem i Czarną Hańczą, a także jedno- i dwudniowe wędrówki piesze po przepięknej Ziemi Kieleckiej (Zajączków - Chęciny, Nowa Słupia - Święty Krzyż - Łysica - Święta Katarzyna, wzdłuż Nidy od Pińczowa do Wiślicy z noclegiem pod gołym niebem na łące w okolicach Chrobrza) i Ziemi Radomskiej (wzdłuż Pilicy od Warki do Mniszewa, Szydłowiec - Skarżysko, Marysin - Drzewica - Radzice, liczne wędrówki szlakami Puszczy Kozienickiej). To dlatego Tomek nie chciał prowadzić zajęć na studiach niestacjonarnych. Uważał, że człowiek nie powinien być niewolnikiem pracy, że po pracy umysłowej należy się czynny wypoczynek, a turystyka piesza jest jedną z najlepszych jego form. Gdy jedna z koleżanek często odmawiała udziału w tych wędrówkachch ze względu na zajęcia dydaktyczne w soboty i niedziele, któregoś razu powiedział jej, że jest "niewolnicą Isaurą". Unikał funkcji kierowniczych na Uczelni (zdarzyło Mu się przez trzy miesiące być kierownikiem Katedry Metematyki), ale przez lata był prezesem Oddziału Akademickiego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Radomiu i członkiem Zarządu Głównego PTT.

Tomek ze studentami na Mont Blanc Szczególnym wyzwaniem dla Tomka były wysokie góry - nie tylko Tatry, ale też Alpy i Pireneje. Przez wiele lat wyjeżdżał tam w lecie na dwa tygodnie z zaprzyjaźnioną grupką osób. Moje bliskie kontakty z Tomkiem zaczęły się około 10 lat temu, kiedy to wracał do zdrowia po bardzo groźnym wypadku samochodowym, jaki Mu się przydarzył na autostradzie niedaleko Grazu w trakcie powrotu z jednej z takich wypraw do kraju. Chodził w gorsecie usztywniającym po skomplikowanej operacji kręgosłupa wykonanej udanie przez młodego chirurga w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Radomiu (!), bo polska służba zdrowia nie zechciała finansować jej przeprowadzenia na miejscu w Austrii. Tomkowi zawdzięczam przejście całej Orlej Perci w naszych Tatrach i dwie wspaniałe wyprawy w sierpniu 2001 i 2002 roku w Dolomity - alpejskie pasmo w pólnocno-wschodniej części Włoch, wyższe od Tatr o prawie 1000 m, ale bardziej bezpieczne, bo trudniejsze trasy wspinaczkowe (via ferraty) są dobrze ubezpieczone umocowaną na stałe żelazną liną, do której turyści wyposażeni w specjalną uprząż górską przypinają się za pomocą karabińczyków. Najbardziej ambitną według mnie wyprawę poprowadził Tomek w 2003 roku. Jej uczestnikami, oprócz Niego, kierowcy busu i stałych bywalców Jego wypraw - Janusza z Warszawy i Leny z Radomia, było pięcioro studentów Politechniki Radomskiej. Wyprawa wiodła przez Marmoladę - najwyższy szczyt Dolomitów (3343 m), Gran Paradiso - najwyższy szczyt alpejskiego parku narodowego w północno-zachodnich Włoszech (4061 m) i Mont Blanc - najwyższy szczyt Alp (4811 m), nazywany "dachem Europy".

Próba zdobycia Marmolady - Tomek prowadzi Marmolada - "Królowa Dolomitów" - zawsze przyciągała Tomka. Jest nią właściwie masyw górski pokryty lodowcem, z wyrastającymi zeń kilkoma wierzchołkami skalnymi, z których najwyższy - Punta Penia ma 3343 m, a drugi - Punta Rocca ma 3309 m. Na Punta Penia można się dostać częściowo ubezpieczonym szlakiem - via ferratą, zaś na Punta Rocca można wyjechać kolejką linową. Pierwsza próba wejścia Tomka z grupą sześciu osób na Marmoladę w 2002 roku wiodła bezpośrednio przez lodowiec i zakończyła się moim upadkiem i zjazdem na brzuchu około 30 m po chropowatej powierzchni lodowca zanim udało mi się użyć czekanu. Na drugi dzień wyjechaliśmy kolejką, by spojrzeć z góry na Dolomity. Rok później Tomek z Leną i trojgiem studentów zdobyli szczyt Punta Penia, wchodząc via ferratą. Poniedziałek 11 sierpnia 2008 roku okazał się dniem tragicznym - Tomek z żoną Leną weszli na Punta Penia i w drodze powrotnej, gdy już największe trudności zostały za nimi, Tomek spadł do głębokiej szczeliny i zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Stało się to tak nagle i cicho, że Lena, która zatrzymała się, by ściągnąć wierzchnią odzież, bo niżej było znacznie cieplej, nie zauważyła momentu fatalnego wypadku. Nie sposób sobie wyobrazić, jak potem samotnie, wierząc, że Tomek żyje, i kierując się poglądowym planem na wyrwanej z przewodnika kartce podarowanej jej przez napotkanego Czecha, błądząc dotarła po pokonaniu około 20 km do miejsca, w którym mogła wezwać pomoc. Być może nie doszłoby do nieszczęścia, gdyby zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami grupa łódzka, pod przewodnictwem wiceprezesa Oddziału PTT w Łodzi, połączyła się z grupą radomską. Dwa dni później Łodzianie próbowali wejść na Marmoladę, ale im się to nie udało. Któregoś dnia potem usłyszałem od Leny zdanie: "Opatrzność dała mi wspaniałego Człowieka, i Opatrzność mi Go zabrała". Zabrała Go również czworgu młodym ludziom wchodzącym w dorosłe i samodzielne życie - córce, synowi i dwojgu pasierbom.

Zdzichu i Tomek zawsze szli za imperatywem moralnym, kierując się niezłomnymi zasadami. Obaj nie mogliby żyć na emigracji. Cechowała Ich prawość charakteru, szlachetność serca, przyzwyczajenie do tradycji, odwaga cywilna, prostolinijność postępowania i skromność. Nie byli przyzwyczajeni do wygód, nie potrzebowali komfortu. Ich strata jest szczególnie bolesna dla rodzin, jest także dotkliwa dla przyjaciól, których mieli wielu, bo sami byli niezawodnymi Przyjaciółmi.

Interesujące łącza
Radom, październik/listopad 2008 Kazimierz Jakubczyk