Żaczek przed laty i teraz

Wspomnienia po zjeździe 19-21 września 2008


Gmach "Żaczka" (program Google Earth) "Żaczek" - II Dom Studencki UJ przy krakowskich Błoniach zawsze będzie dla mnie i dla wielu tysięcy ludzi w kraju i za granicą symbolem studenckiego życia. Po raz pierwszy zjawiłem się w "Żaczku" na początku lipca 1964 roku podczas egzaminów wstępnych. Niestety, na pierwszym roku studiów nie dane mi było w nim zamieszkać (wynajmowałem z dwoma fizykami pokój w oficynie przy Rynku Głównym 11, u wylotu ul. Grodzkiej, niemal na wprost Wierzynka). Mogłem jedynie odwiedzać w "Żaczku" nowo poznanych kolegów - a robiłem to nader często, bo atmosfera tego miejsca była magiczna, pomimo że (a może właśnie dlatego, że) przebywało w nim około 1300 prawowitych mieszkańców i waletów. Gdy rozpoczynałem drugi rok studiów, znowu uznano mnie za niegodnego miejsca w akademiku, toteż postanowiłem je wywalczyć. Zatrzymałem się u dalekiej ciotki przy ul. Prądnickiej i nachodziłem dziekana Wydziału Mat-Fiz-Chem razem z kolegą, który znajdował się w podobnej sytuacji. Dostęp do gabinetu dziekana wytrwale utrudniały panie pracujące w dziekanacie, które niełatwo dawały się przekonać o słuszności naszych wizyt. Początkowo odwiedzaliśmy dziekana raz w tygodniu, a ponieważ nie kwapił się z rozwiązaniem tego niezwykle ważkiego dla nas problemu, uprzykrzaliśmy się mu coraz częściej. Któregoś dnia pod koniec października, gdy przed dziekanatem oczekiwał spory tłum interesantów, udało nam się niepostrzeżenie, bez zapytania mocno zajętych pracą pań w dziekanacie o wynik ostatniej naszej wizyty, dostać do dziekana. Uciekaliśmy potem od niego najszybciej jak się dało, bo właśnie przyznał nam wszystkie rodzaje stypendium i zagroził, że nam je odbierze. Tak oto ziściło się moje marzenie - stałem się niezależnym od nikogo studentem, bo miałem dom i środki utrzymania: miejsce w akademiku, stypendium pieniężne, mieszkaniowe (nie płaciłem za akademik) i stołówkowe (mogłem wykupić bloczki na posiłki).

"Żaczek" w latach 1964-1969 (widok od wschodu) Przez cztery lata pobytu w "Żaczku" mieszkałem kolejno w pokojach: czwórce (545) od strony północnej zewnętrznej (z widokiem na budynek Instytutu Matematyki, w którym miałem zajęcia), czwórce (387) od strony południowej zewnętrznej (z widokiem na linię tramwajową i Błonia), trójce (117) od strony wschodniej wewnętrznej (z oknem wychodzącym w kierunku zachodnim na wewnętrzny dziedziniec, nazywany "studnią"), a na koniec w dwójce (512) w nowym skrzydle (z widokiem na Muzeum Narodowe i Bibliotekę Jagiellońską). W czworobocznym gmachu "Żaczka" mieściło się kino "Rotunda", urząd pocztowy usytuowany po lewej stronie tunelu wiodącego na dziedziniec, dwa rywalizujące kluby studenckie - "Stary Żaczek" w południowo-zachodniej części budynku i "Nowy Żaczek" w nowym skrzydle, gabinet stomatologiczny i lekarski, sala telewizyjna i pingpongowa, zakład szewski i dwie stołówki (wchodziło się do nich od dziedzińca) - dolna w suterenie w części północnej budynku (wydawała śniadania i kolacje), a górna na pierwszym piętrze w części zachodniej (serwowała obiady, a gdy nie była czynna, zastępowała ją dolna). Portiernia znajdowała się okresowo albo po prawej stronie tunelu, albo pośrodku części wschodniej wewnętrznej budynku (gdy studiowałem na czwartym roku, mieszkałem z dwójką kolegów dokładnie nad portiernią). Od chwili powstania w 1926 roku "Żaczek" przez ponad 40 lat był akademikiem męskim, a od roku akademickiego 1968/69, kiedy to na piątym piętrze starej części budynku zakwaterowano studentki, stał się akademikiem mieszanym. Dostęp mężczyzn do kobiet był jednak ograniczony - na klatce schodowej piątego piętra zbudowano dodatkową portiernię, którą nazywaliśmy budką cnoty. Budowa portierni opóźniła się o miesiąc - może dlatego, że zadanie to nie stanowiło zobowiązania ani na dzień 1 maja, ani na 22 lipca. Gdy pewnego wierczoru pod koniec października brać studencka wróciła z występu "Skaldów", skrzętnie poukrywała zgromadzone materiały budowlane w licznych zakamarkach akademika, co stało się dodatkową przyczyną opóźnienia budowy (drzwi do portierni ponoć nigdy nie odnaleziono, więc musiano zakupić drugie).

Na dachu "Żaczka" (z tyłu po lewej Instytut Matematyki,
po prawej "wysrol" - obecnie Akademia Rolnicza) Toczące się jak w tyglu mrowiska studenckie życie żaczkowej wspólnoty nigdy mi nie przeszkadzało - może po części dlatego, że wcześniej spędziłem cztery lata w internacie pińczowskiego LO. Nigdy nie zamykałem się w pokoju cichej nauki ani nie chodziłem do Jagiellonki - nawet w okresie przygotowań do trudniejszych egzaminów. Rozrabiacy naruszający zbyt ostro regulamin i zarządzenia wybieranego demokratycznie samorządu studenckiego czy legendarnego już wtedy, za życia, kierownika "Żaczka", Jana Buszka, byli przywoływani przed sąd koleżeński i musieli się poddać podjętemu przezeń wyrokowi. Słynny był np. proces tzw. harcerzyków, którzy w trakcie libacji rozpalili ognisko na środku pokoju - musieli potem wynieść się z "Żaczka". Na szczęście wybryki chuligańskie były nieliczne, ale pomysłowe figle i psoty, zwłaszcza podczas juwenaliów, zdarzały się często. Pamiętam, że któregoś ranka w maju, idąc na śniadanie do stołówki, zobaczyłem po prawej stronie okien północnej klatki schodowej białe ślady człowieka sprawiające wrażenie, że szedł on jak mucha po ścianie w górę aż na piąte piętro, do tzw. "jaskółki" - nadbudówki z małym balkonikiem i oknem w kształcie rozety. Dopiero niedawno dowiedziałem się z artykułów Zbigniewa Bajki (łącza internetowe poniżej), aktywnego mieszkańca "Żaczka" i inicjatora wielu zabawnych pomysłów, kto i jak to zrobił. Inny przykład psikusa dotyczy Daniela Swędzioła - lekarza ginekologa, który mieszkał w nowym skrzydle i niekiedy wypisywał zwolnienia mężczyznom w potrzebie, by mogli usprawiedliwić nieobecności na zajęciach. Gdy moi koledzy grali w brydża w pokoju dwa piętra wyżej, około 3-ej nad ranem zachciało się im herbaty. Mieli jednak kłopot, bo nie mieli cukru, a ponieważ byli pewni, że nie może go nie mieć pan doktor, postanowili zwrócić się do niego o pomoc. Należało go jednak najpierw delikatnie obudzić - zrobili to dosyć oryginalnie, posługując się budzikiem spuszczonym na sznurku. Rzecz jasna, wiele nietypowych pomysłów przychodziło studentom do głowy po trunkach. Najbliżej "Żaczka", w kiosku tuż przy przystanku tramwajowym, można było dostać piwo beczkowe, ale w porze poobiedniej i wieczorem kiosk był zamknięty i pojawiał się problem, bo zazwyczaj piwa brakowało we wszystkich pobliskich lokalach (prawdopodobnie były to celowe działania ówczesnych władz miasta, by ograniczyć "niepoprawność" polityczną studentów). Niekiedy na piwo chodziło się aż na dworzec kolejowy, lecz i tam nie zawsze było. Sytuacja poprawiła się, gdy przy Błoniach zbudowano hotel "Cracovia", jednak tam było dużo droższe. Piło się też wino, a najlepszym miejscem delektowania się nim była "Probiernia pod szóstką" - stylowy lokal (staromiejskie wyposażenie, mieszczańskie stroje kelnerek) przy ulicy Sławkowskiej 6.

Na ławce przed "Żaczkiem" z Jurkiem Ostrowskim, Adamem
Pucią i dwoma kolegami ze starszego rocznika matematyki Miał "Żaczek" własny, studencki radiowęzeł "Alma-Radio", który oprócz serwisu informacyjnego nadawał audycje muzyczne i koncerty życzeń. Powstające wówczas - w czasach muzycznego szaleństwa - polskie i światowe przeboje szybko trafiały do jego repertuaru. Do dziś legendarny utwór "The House of the Rising Sun" brytyjskiej grupy "The Animals", jeden z największych hitów z lat sześćdziesiątych ub. wieku, przywołuje u mnie żywe wspomnienia szczęśliwego okresu studenckiego. Z głośników radiowęzła docierały też do mieszkańców "Żaczka" komunikaty, zazwyczaj ogłaszane przez portierów i niekiedy przypadkowo lub celowo przez nich przeinaczane. Gdy studentki z piątego piętra narzekały, że w ich pokojach niesprawne są syfony od umywalek, portier ogłosił, że problem zostanie niebawem rozwiązany: "Panie, którym się pozatykały, proszone są na portyjerkę - hydraulik czeka". Przez radiowęzeł były transmitowane niektóre imprezy i spotkania ze słynnymi ludźmi w "Nowym Żaczku" - swego czasu najlepszym klubie studenckim w kraju. A bywało tu wielu znanych twórców estrady i teatru w ramach rozmaitych przeglądów i festiwali kulturalnych. Pamiętam spotkanie z wielkim krzewicielem kultury - Jerzym Waldorfem, który rozpoczął swoje ciekawe i barwne opowiadanie od "Aliści ..." (dzisiaj chyba niewiele osób wie, co to słowo oznacza). Miał swój program popularny aktor komediowy - Bogumił Kobiela, który m.in. prezentował, jak zdawał do szkoły teatralnej, a trema, która go wtedy powalała, nie ustępowała nawet po dostosowaniu się do rady przyjaciół, by "wyobraził sobie szanowną komisję egzaminacyjną na nagusa przy stole pokrytym czerwonym suknem", a także, jak to ze Zbigniewem Cybulskim przepuścili w lokalu w Paryżu całe miesięczne stypendium w ciągu jednego wieczoru i potem musieli pracować w zakładzie pogrzebowym, by przeżyć (robili kwiatki na wieńce, które roznosili do rodzin zmarłych). Śpiewał też w "Nowym Żaczku" rozpoczynający swoją karierę artystyczną młody Maciej Zębaty. Widziałem go pewnego poniedziałku wcześnie rano na stołówce, gdy w mundurze z demobilu śpieszyłem na zajęcia wojskowe - siedział mocno znużony przy stoliku zastawionym kubkami z kefirem.

Obecne wejście do "Żaczka" z podjazdem dla wózków Mój pobyt w "Żaczku" zawsze wpominam z wielkim sentymentem, moje życie studenckie straciłoby wiele, gdybym nie był mieszkańcem tego najsłynniejszego krakowskiego akademika. Jest więc rzeczą zrozumiałą, że wiadomość o zjeździe byłych mieszkańców, sympatyków i waletów II DS UJ "Żaczek" w dniach 19-21 września 2008 r. ucieszyła mnie niezmiernie i chętnie skorzystałem z nadarzającej się sposobności zamieszkania na ten czas w "Żaczku" i spotkania z Kolegami i Przyjaciółmi, z którymi przed laty studiowałem. Od ukończenia studiów miałem okazję tylko kilka razy widzieć gmach akademika z daleka, uczestnicząc w tłumnych spotkaniach z Janem Pawłem Wielkim na krakowskich Błoniach i przejeżdżając Alejami Trzech Wieszczów w drodze do Zakopanego, toteż zmiany, jakie nastąpiły od tamtego czasu, dały się wyraźnie zauważyć. Już na początku, po wyjściu z tramwaju, a nie była to siedemnastka jak kiedyś, lecz piętnastka, odniosłem wrażenie, że przed akademikiem jest mniej wolnej przestrzeni - pewnie z powodu drzew i krzewów, które przez niemal 40 lat znacznie wyrosły, i dobudowanego zgodnie z normami unijnymi wejścia do budynku. Zamiast ciasnej portierni jest przestronna recepcja, są też dwie windy. Niestety, okropne dwa szyby wind zeszpeciły wewnętrzny dziedziniec, zniszczono część balkoników, fasady dwóch klatek schodowych i piękną "jaskółkę" wieńczącą północną klatkę (aż trudno uwierzyć, że na taką dewastację zgodził się miejski architekt). Dziedziniec - dawniej miejsce wielu studenckich imprez, konkursów i spotkań - jest teraz cały zagracony, a żelazna krata wewnątrz wiodącego nań tunelu czyni go niedostępnym dla studentów. Czynna jest tylko górna stołówka, wchodzi się do niej od ul. Oleandry. Pokoje są wyposażone w łazienki, ale stało się to kosztem długich korytarzy, które zostały zwężone, przez co nawet osoby nieklaustrofobiczne czują się w nich nieswojo. Miłym zaskoczeniem była dla mnie wmurowana w ścianę przy wejściu do "Żaczka" pamiątkowa tablica poświęcona niezapomnianemu kierownikowi - Janowi Buszkowi, jak i upamiętniający rok powstania akademika napis "1926", nadal widniejący na posadzce wschodniej klatki schodowej przy klubie "Żaczek" (klub "Stary Żaczek" przestał istnieć, a "Nowy Żaczek" zmienił nazwę na "Żaczek").

Old Metropolitan Band uświetnia spotkanie w "Żaczku" Chociaż był to już trzeci zjazd (pierwszy miał miejsce 15-17 września 2006 roku, a obchodzono wówczas 80-lecie akademika), uczestniczyło w nim niewiele ponad 100 osób, w tym tylko 5 z mojego rocznika matematyków. Oprócz mnie zjawił się Karol Frańczak z żoną Ewą i Adam Szpak (Kraków), Staszek Kowalik (Gliwice) i Mietek Myszor (Gdańsk). Krakusi oczywiście nie nocowali w akademiku, a Staszek, Mietek i ja zamieszkaliśny w trójce (518), chociaż zarezerwano nam jedynki - woleliśmy pobyć dłużej razem. Program zjazdu przewidywał wiele interesujących punktów. Było spotkanie u paulinów w bazylice Na Skałce w trakcie Mszy Św. w intencji byłych zmarłych mieszkańców DS "Żaczek", odprawianej przez dawnego jego mieszkańca - o. Jana Mazura OSPPE, były gwarne spotkania w klubie studenckim "Żaczek" - m.in. połączone z posiłkami, były tańce podczas koncertu "Old Metropolitan Band" - słynnego krakowskiego zespołu od lat związanego z "Żaczkiem", były też pozaplanowe spacery mokrymi ulicami Krakowa (niemal przez cały czas padało) i wędrówki po kilku knajpkach, a nawet zakończenie wyścigu kolarskiego Tour de Pologne (kilkakrotna pętla wokół Błoń z metą przed hotelem "Cracovia"). Szczególnie miłą niespodzianką było dla mnie spotkanie z Tereską i Reinholdem Steudnerami, którzy jako studenci (polonistyka i fizyka) byli mieszkańcami "Żaczka", po studiach przez kilkanaście lat mieszkali w Radomiu kilka pięter nade mną, a po zburzeniu muru berlińskiego wyprowadzili się z dwoma córkami do Niemiec, a także spotkanie z równie przemiłą, byłą moją sąsiadką i koleżanką Tereski - Elą Piela, też polonistką. Miał miejsce jeszcze inny akcent radomski - w krypcie wybitnych Polaków Na Skałce zobaczyłem grób Jacka Malczewskiego (1854-1929) - jednego z najwybitniejszych i najbardziej uznanych artystów w historii polskiego malarstwa, który urodził się w Radomiu i tu spędził lata dzieciństwa.

Logo UJ Dzieje II DS UJ "Żaczek" są niezwykle bogate i niepowtarzalne. Tworzyły je pokolenia jego mieszkańców w różnej rzeczywistości politycznej i społecznej, przejawiające wszelkie formy aktywności studenckiej, buntownicze w czasach niepokojów i zawirowań (pamiętne dla mnie wydarzenia marcowe 1968, a dla Tereski i Eli śmierć Stanisława Pyjasa - kolegi z roku polonistyki - i "czarne juwenalia" 1977). "Żaczkowa" wspólnota, w której miałem szczęście spędzić kilka lat życia, stanowiła pełną kolorytu i rozmaitości społeczność - swoistą rodzinę, w której panowała wyjątkowa atmosfera. Patrząc przez pryzmat "Żaczka", dziwię się studentom, którzy nie chcą mieszkać w akademiku. I pewnie nie mam racji! Nastała inna epoka, wszędobylska komercjalizacja niszczy bezinteresowność i spycha dobro studentów na dalszy plan, a nieodpowiedni system stypendialny sprawia, że studenci często wolą nie mieszkać w akademiku i rzadko korzystają ze stołówki. Wydaje mi się, że czasy świetności "Żaczka" przeminęły. Dlatego uważam, że już najwyższy czas, by spisać dzieje tego najsłynniejszego krakowskiego akademika. Wszak zasługują one ze wszech miar na uwiecznienie nie tylko dla tych, którzy kiedyś byli jego mieszkańcami, lecz przede wszystkim dla potomności.

Interesujące łącza


Grudzień - styczeń 2008/2009 Kazimierz Jakubczyk